Mam znajomego francuskiego bankiera. Bankier nie jest właścielem banku, jest prezesem i jako taki zapewne odpowiada za to, żeby bank zarabiał pieniądze. Bank jest nastawiony na zarabianie na nieruchomościach i na francuskim rynku ma się naprawdę nieźle.
Karmię i poję bankiera w warszawskich knajpach od czasu do czasu, przy czym, co ciekawe, bankier w Warszawie nie bywa w interesach, tylko z prywatnej ciekawości. Nie bardzo rozumiem tę formułę spędzania czasu, jakoś nigdy nie odkryłam w sobie ciekawości wobec życia w Tiranie, więc nie rozumiem, po co facet z Paryża przyjeżdża do Warszawy.
Deal jest mniej więcej taki: ja karmię bankiera w Warszawie, bankier rewanżuje się karmiąc moją siostrę w Prowansji. Wychodzę na tym interesie kompletnie do tyłu, ale go nie rozumiem, więc w nim uczestniczę już któryś kolejny rok. Problem, który z roku na rok co raz bardziej mnie wciąga w ten niedochodowy interes, dotyczy ludzkiej niemożności przełamania znanych schematów. Bankier jest porządnie wykształconym finansistą, z międzynarodowym stażem pracy zarówno w Londynie, jak w Nowym Jorku. Zanim został prezesem, był dyrektorem oddziału superdynamicznego katalońskiego banku, który słynie z tego, że kupuje sztukę (kawałki kolekcji właśnie do obejrzenia w Zachęcie). Słowem światowy gość.
Z tym światowym gościem wiodę rozmowy o urokach życia w Warszawie - głównie o tym, jak było beznadziejnie i jak robi się, mimo wszystko, coraz lepiej. Siłą rzeczy zahaczamy o zagadnienie cen nieruchomości, bo to jedna z rzeczywistości, którymi najłatwiej zaciekawić obcokrajowców przy stole. Chodząc zatem od jednego baru do drugiego i od jednej drogiej knajpy do drugiej, opowiadam historie o cenach nieruchomości, w tym mojej własnej. Mówię: wiesz, kiedy kupowałam to rok temu, metr mieszkania kosztował 6 tysięcy złotych. Dzisiejsza cena to jakieś 10 tysięcy. Bankier liczy. Wychodzą mu bardzo dwucyfrowe stopy zwrotu. Mówi: to fantastyczne, trzeba by tu coś zainwestować, bo w Paryżu można na nieruchomościach zarobić najwyżej 6 do 7 procent rocznie. Po czym odjeżdża. Wraca i zaczynamy rozmowę od początku. Mówię: na tym osiedlu mieszkania były po 3700 złotych za metr. Dzisiaj się sprzedaje po 12 tysięcy. Coś takiego? - mówi mój bankier. I natychmiast o tym zapomina.
Myślę, że musi, bo gdyby miał o tym pamiętać, musiałby natychmiast zwolnić się z pracy w banku, który klientom zarabia 6 procent rocznie i wszystkie pieniądze zainwestować w apartament na zapyziałym krańcu Warszawy z widokiem na stację benzynową i McDonalda.
Tej samej historii doświadczam przy okazji internetu. Kiedy byłam dyrektorem marketingu, moje główne pytanie, które budziło mnie po nocach, brzmiało: gdzie mam pójść, żeby spotkać moich konsumentów? Jeszcze bardziej dokuczało mi, kiedy prowadziłam agencję reklamową. I wtedy siedziałam, reklamowym obyczajem, z nogami na biurku, czytałam dane, badania, opracowania i myślałam: "gdzie oni do diabła chodzą?". "oni" mieli być zwykle młodzi, aktywni, wykształceni, z dużych miast i z chęcią nowych odkryć. A oni, kurczę blade, siedzieli w pracy przy komputerach i raczej nie chodzili, bo nie mieli kiedy.
Nie przypuszczam, żeby od czasów, kiedy siedziałam z nogami na stole w agencji reklamowej, wiele się na rynku zmieniło. Nadal jest telewizor, co widzą wszyscy, a więc i nasi, albo chwyty na fujarkę, które mają doprowadzić komunikat reklamowy przed oczy precyzyjnie wybranej grupy docelowej. Tylko teraz, to ja już wiem, gdzie oni chodzą. Oni mianowicie nie chodzą. Siedzą przed komputerami. Najpierw w pracy. Potem wychodzą z biur z czarnymi torbami pełnymi laptopów i blueconnectów, przychodzą do domów i znowu siadają przed komputerami.
Już mnie problem spotykania moich grup docelowych nie gnębi. Nie mam z tym problemu, od kiedy mamy portal www.goldenline.pl. Są tam wszyscy, których nam do działań marketingowych potrzeba. Portal pomyślany jako społecznościowy portal profesjonalistów, w ciągu ostatniego roku stał się potężną zbiorowością zawodowców wszelkiej maści - od szczebla średniego do samej góry. Ludzie w garniturach, wolni strzelcy, konsultanci - ci wszyscy, którzy są obiektem zabiegów wszystkich marketerów, bo mają za co kupić produkt, który ma w cenie dość marży, żeby wystarczyło na budżet marketingowy. Cudowni, modelowi konsumenci produktów z segmentu premium.
Teraz, kiedy czegoś nie wiem o rynku, wchodzę na GoldenLine, szukam odpowiedniej grupy tematycznej i czytam, co piszą do siebie jej członkowie. Ostatnio na przykład chciałam sobie wyrobić pogląd na to, jakie gazety o zarządzaniu czytają ludzie zajmujący się zarządzaniem. Zachęcam Harvard Business Review. Warto poczytać, żeby się dowiedzieć, że to nie Was czytają.
Na miejscu właścicieli portalu kazałabym sobie płacić za wejście, bo zasoby wiedzy o rynku, jakie są tam zgromadzone i tworzone każdego dnia i każdej nocy, dalece przewyższają wiedzę, której zwykliśmy w marketingowym życiu nabywać z badań TGI. Tymczasem wejście jest za free. Wystarczy się zarejestrować i już mamy dostęp do wszelkich grup, ludzi, postów. Co więcej, fatyga odpłaca niekończącymi się pytaniami headhunterów, czy może nie jesteśmy zainteresowani zmianą pracy. To tak na marginesie.
Ale rzeczywistość jest trochę jak z moim bankierem. Nie ma tłumów marketerów stojących w kolejce po kampanię reklamową na GL, chociaż niemal 200.000 użytkowników możemy dostać podanych na tacy, poukładanych na kupki ze względu na profile demograficzne - kobiety w wieku 25-30, interesujące się jazdą na motocyklach, mieszkające w miastach powyżej 250 tysięcy mieszkańców, pracujące w dużych korporacjach. Kto zamawia?
GoldenLine wyrósł jak miasto, w którym jednocześnie dzieje się milion rzeczy - ludzie dyskutują na setki tematów, czasem wychodzą w offline. I wygląda, że tam czują się u siebie, co jest o tyle zrozumiałe, że naprawdę kiedy się pracuje, grono znajomych ogranicza się do najbliższych dwóch pięter w firmie. Obcych się nie zaczepia, tak samo, jak nie zaczepia się ludzi na ulicy. A w Goldenie można zaczepić każdego, kogo się chce, bo taka jest logika internetu. I to zaczepić profesjonalnie: pogadać, albo zapytać o coś, czego się nie wie. Taka jest logika serwisu społecznościowego. I taka jest jego siła. A jednak rzeczywistość jest tak piękna, że ludzie nie chcą w nią uwierzyć. I nadal puszczają kampanie w telewizji.
Komentarze
Redakcja CMO nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
Gość
ocena:
brak oceny
IP: 195.13.38.150
14-04-2008, 02:57
Portal Golden Line usuwa profile bez uprzedzenia mimo, iż ich regulamin przewiduje 72 godziny dla użytkownika na dokonanie niezbędnych zmian - np. gdy profil jest tzw. anonimowy, czyli bez podanego nazwiska. Swoją drogą, imiona i nazwiska (i ew. zdjęcia!!!) użytkowników są widoczne publicznie dla każdego kto odwiedzi stronę powitalną portalu. Nie pasowało mi to i zmieniłem swoje nazwisko na kropkę i profil został usunięty bez uprzedzenia. Po wysłaniu maili do pomocy nie dostałem odpowiedzi, wreszcie udało mi się uzyskać wyjaśnienie na forum, na które odpowiedziałem konstruktywną krytyką sposobu, w jaki zostałem potraktowany. I wiecie co? Mój post po prostu zniknął z forum (forum przeznaczonego na pomysły, sugestie i kontakt z administratorami). To jest żenujący poziom obsługi klienta. Smuci mnie, że miejsca tego rodzaju cieszą się jakąkolwiek popularnością.
IDG Poland SA. Wszelkie prawa zastrzeżone. Publikacja całości lub części zamieszczonych materiałów w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody IDG Poland SA jest zabroniona. CMO i CMO Online są znakami towarowymi IDG Poland SA. Korzystanie z serwisu CMO Online jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na następujące warunki obsługi. Prosimy też o zapoznanie się z ochroną prywatności.